Temat rzeka. Mam nadzieję, ze uda mi się tak skonstruować wpis by nie był on zwykłym wylewaniem żółci, a możliwie wysoce merytorycznym tekstem ukazującym różnicę pomiędzy osobami zajmującymi się rozpisywaniem diet, a prawdziwymi dietetykami.

Zacznijmy od początku. Czy by być dietetykiem trzeba „mieć studia”? Sprawa bardziej zawiła niż mogło by się to wydawać na pierwszy rzut oka. Prawnie – nie. Jako dietetyk (prócz jednostek medycznych o ile się nie mylę) zatrudnionym/samozatrudnionym może być każdy. Geograf po podyplomowce, lakiernik po kursie on-line, dr n. o zdr., który dla dietetyki poświęcił większość życia, czy osoba nie mająca nic wspólnego z żywieniem, ale po ukończonym kursie herbalife. Nie będę się rozwodzić nad pomysłowością w wymyślnej nomenklaturze obieranego stanowiska. Z każdej strony atakują nas „specjaliści d.s. żywienia”, „doradcy”, „couche”, „trenerzy” żywienia i zdrowego trybu życia, „doradcy suplementacyjni” i inni których nazw nie jestem w stanie spamietać.

Dietetyk tylko po studiach? Niekoniecznie.

Czy by być dobrym dietetykiem trzeba ukończyć studia? I tak i nie. Z pewnością znacznie ułatwia to pewne kwestie, jednak nie zwalnia z ogromu pracy jaką dana osoba musi włożyć w proces samokształcenia, dodatkowe szkolenia i kursy specjalistyczne. Sądzę jednak, że studia nie są bezpośrednio niezbędne – w wyjątkowych przypadkach. W jednostkowych przypadkach wręcz – gdy mowa o geniuszach z ogromnym samozaparciem i niewyczerpalnymi poglądami chęci pracy i nauki. Tak po studiach trafi się imbecyl bez pojęcia, jak bez nich możemy trafić na wybitnego specjalistę. Bezpieczniej jednak – gdy dietetyk może podeprzeć się dyplomem.

„Trenerska plaga”

Swoistą plagą natomiast są trenerzy. Nie wszyscy oczywiście! Trenerzy „wszystkomajacy”. Trener, dietetyk, rehabilitant, doradca suplementacyjny, a niejednokrotnie i lekarz diagnosta w jednym. Milion podopiecznych, do tego etat w klubie, sklep z odzywkami, w nocy dorabia na bramkach, w zaleceniach „kurczak, ryż, owsianka, twaróg, jajecznica i oliwa”. Co bardziej ambitni zmieniają choć gramaż w zależności od parametrów antropometrycznych podopiecznego, Ci „zapracowani” (by hajs się zgadzał weźmy „pod swoje skrzydła” najlepiej 200osób/mies) nawet o to się nie pokuszą. Zmiana danych w nazwie pliku i sru – już leci mailem jako „indywidualny plan żywienia”. Cos nie idzie? Gdy redukcja – dorzucamy wysiłku, do upadłego, do zajazdu. Gdy masa – więcej kurczaka, białko musi się zgodzić! 3g/kg to za mało? „Pewnie dlatego, że próbowałeś liczyć roślinne, to złe, to niepełnowartościowe, jego nie bierz pod uwagę!”

„”Suplementacja”

Nie idzie mimo tych zabiegów? Oj, no to najwyższa pora na „suplementację” – „wykorzystałeś limit genetyczny”, „opornie idzie, może by coś przybić”, „chcesz szybko formę to trzeba”.

No i maszyna rusza, podopieczny chudnie lub przybiera masy – w zależności od swojego celu. I manipulacje stają się znacznie łatwiejsze – zawsze można przecież zwiększyć dawki środków – po co bawić się w głupoty jak odpowiednie strategie żywieniowe, regularne badania – jeszcze wyjdzie na jaw ze środki nie są wcale tak łagodne, a zabronione nie zostały dlatego, że „komuś tak się podobało”. Kto przejmował by się zdrowiem? „Przecież to młody chłopak, 20 lat widać, ze zdrowy jak koń”. Pięknie, forma idzie. Do czasu. W pewnych przypadkach opamięta się podopieczny – widząc ze „mentor” błądzi, w innych organizm przestanie reagować odpowiednio i da mu to do myślenia, w jeszcze innych układ hormonalny nie wytrzyma, zdrowie klęknie, nerki nie wytrzymają, układ immunologiczny nie będzie sobie radził, a ciągłe przeziębienia doprowadza do szewskiej pasji ( 😉 ). Co wtedy poczyni „profesjonalny doradca w każdej dziedzinie medycznej”? Najpewniej nie będzie miał czasu, zacznie się wykręcać lub po prostu – przestanie odbierać telefony i odpowiadać na maile.

Co w takim przypadku?

Daj Boże by tak rozchwiana persona nie postanowiła „doprowadzać się do stanu używalności” na własną rękę – skończyć się to może naprawdę tragicznie. Załóżmy możliwie pozytywny scenariusz – trafia do dietetyka sportowego i mówi PRAWDĘ o tym co działo się do tej pory. Mija pierwszy szok i niedowierzanie, zaczynamy rozmawiać na temat. Podstawa – wizyta u lekarza POZ i skierowania – na badania krwi i moczu i do lekarza specjalisty. Przed tym nie mamy szczerze o czym rozmawiać. Nie znając stanu np. serca (które nawet w młodym wieku może podupadać po takich doświadczeniach) nawet zalecenie suplementacji kwasami omega-3 mogłoby doprowadzić do pogorszenia stanu zdrowia, a finalnie również zatrzymania akcji serca, ale o tym nie każdy wie…

Jesteśmy po badaniach – co dalej?

Zakładamy, że „nie ma tragedii”, ale dobrze nie jest wcale. Zburzony lipidogram, przeciążona wątroba i nerki, kompletnie zachwiana równowaga mikrobioty, znaczne problemy skórne, osłabiony układ odpornościowy, chroniczny stan zapalny – nic specjalnego. Wiele ze zmian jest „do wyprowadzenia”. Na wszystko jednak potrzeba czasu. Priorytetem staje się zdrowie, a wyniki sportowe i „forma na wakacje” schodzi na dalszy plan. Niejednokrotnie jesteśmy świadkami spadku formy, utraty jakże ciężko wypracowanych efektów, w które to zainwestowaliśmy wiele potu, łez i, cóż kryć, pieniędzy… Całość sytuacji nie pozostaje oczywiście bez wpływu na stan psychiczny osoby podopiecznej – na ten temat nie będę się jednak rozwodził, gdyż nie jest to moja specjalizacja, pozostawmy głębsze tematy medyczne specjalistom, nie chce być hipokryta;-).

Każdy z nas może sobie jednak wyobrazić własne samopoczucie – zdrowie sie sypie, libido odeszło samo nie wie gdzie – „gatki płaskie jak u Kena”, wszystko boli, a z dnia na dzień widzimy uciekające kilogramy. Chcecie się tak czuć? Ja osobiście podziękuję.

Siadam nad przypadkiem. Głowię się nad doborem strategii żywieniowej, doborem produktów, możliwie mało obciążającymi sposobami obróbki technologicznej, kompozycją potraw… Wiem jedno – w jadłospisie nie może pojawić się ryż ani filet z kurczaka w żadnej postaci. Dlaczego? Bo się przejadły. Bo sam widok i zapach przyprawia dana osobę do mdłości. Bo „cofa”…

Zniszczona mikrobiota przysparza dodatkowych problemów – biegunki, zaparcia, uczucie dyskomfortu po większości posiłków, problemy z wchłanianiem, stany niedoborowe czy „przepuszczalność” jelit. Na te wszystkie aspekty należy zważyć. Doprowadzenie organizmu do „stanu używalności” chwile trwa. Kosztuje wiele zachodu i zdrowia, zarówno dietetyka jak i podopiecznego. Wszystko dobrze gdy „poszkodowany” rozumie swój wcześniejszy błąd i propaguje zdrowszy styl życia i świadomość dotyczącą wyboru „przewodnika żywieniowego” wśród swoich znajomych, partnerów treningowych czy współpracowników. Gorzej gdy koło się zamyka, a on – święcie przekonany o swojej niezniszczalności – wraca do starych nawyków. Kiedyś organizm nie wytrzyma. Nie powróci do stanu dynamicznej równowagi. Co wtedy? Nie rujnujcie swojego zdrowia. Nie pozwólcie by przypadek decydował o waszych dalszych losach (bo jak inaczej określić opiekę osoby bez podstawowej wiedzy medycznej?). Nie powierzajcie swojego zdrowia w ręce osoby która na was „uczy się” podstaw zależności zachodzących w ludzkim organizmie. Przerwijmy łańcuch nieszczęść zdrowotnych i erę „specjalistów” – przed rozpoczęciem współpracy sprawdzaj nie tylko cenę, efekty współpracy i „formę” opiekuna – sprawdź jego kwalifikacje (nie tylko wykształcenie, ale i kursy, szkolenia i konferencje, ewentualne publikacje, szczególnie w czasopismach naukowych), czy przeszłość zawodową (a nóż trener/dietetyk/ MISZCZ od wszystkiego rok temu uczył polskiego w jakiejś podstawówce)

Ku przestrodze,

Paweł

Reklamy